Back online

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Czas najwyższy nadrobić zaległości… Przynajmniej teoretycznie, bo tak naprawdę to nie jestem w stanie odtworzyć wszystkich niesamowitych rzeczy, które zdarzyły się w międzyczasie. Nawet galeria, która zazwyczaj była bardziej na bieżąco niż blog, nie wnosi wiele informacji o tym co się u nas działo od października – a było tego sporo, m. innymi listopadowy sezon urodzin (najpierw 2 latka Olusi, potem urodziny Dorotki i w końcu moje). No cóż, pozostaje mi założyć przekrojową galerię z wybranymi fotami, a potem przejdziemy dalej…

Obecnie trwa u nas przedświąteczna gorączka, chociaż to chyba złe słowo – kojarzy się z nerwami i pośpiechem, a u nas przejawia się bardziej wypiekami na buzi dwulatki śmiertelnie przejętej świąteczną atmosferą, czym zaraża nas wszystkich. Ogólnie wszyscy łapiemy mikołajowy nastrój. Muszę przyznać, że pierwszy raz się tak cieszę ze świąt, chyba odkąd skończyłem 8 lat :)
Oho, zaczyna się dzień (dzień ostatnich świątecznych zakupów, wybierania upragnionej choinki przez Olusię i mnóstwa zajęć) – postaram się dopisać coś wieczorkiem. A w międzyczasie zapraszam na film – to 6-minutówka z jednego z grudniowych wieczorów. Ot, dzień jak co dzień:


Wirusy w odwrocie!

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Czas leci nieubłaganie a nasz mały blog sam nie chce się niestety aktualizować. Pora zatem na porcję niusów. Co u nas? Ano właściwie sielanka, Rafałek fajnie się rozwija – zaczął chwytać interesujące go przedmioty i jest generalnie niezwykle pogodnym dzieckiem. Jedyny problem to to, że odziedziczył po mnie godziny aktywności dobowej. Jakoś nie czuje potrzeby zasypiania po wieczorynce i czasem do 22:00 zupełnie przytomny rozgląda się na boki i zastanawia co mają znaczyć błagalne spojrzenia mamusi. Olga z kolei to złote dziecko – dwa tygodnie temu odstawiła smoczek, który dotychczas był niezbędnym elementem ceremonii usypiania, a w zeszłym tygodniu spotkało mnie jeszcze większe zdziwienie. Otóż pewnego pięknego wieczoru, kiedy już Olusia powiedziała już “pa pa” księżycowi, który przykrył się chmurką i ułożył do snu na rozgwieżdżonym niebie, Olusia przykryła się swoją chmurką (kocem), wciągnęła całą butlę mleka i odwróciła się na drugi bok. Trochę zbaraniałem, bo zazwyczaj musiałem śpiewać to “aaa, kotki dwa”, albo “babucha poducha”, tudzież inne kołysanki, a po wyczerpaniu repertuaru wolne kawałki Dżemu albo inne klasyki polskiego rocka przy czym nierzadko sam zasypiałem, a obiekt usypiany tak jakoś przy okazji… Tym razem było inaczej. Pytam więc:
- zaśpiewać Ci kołysankę? A może opowiedzieć bajeczkę? – na co Olusia:
- nie Tatusiu, idź do mamusi.
- sama zaśniesz?
- sama.
Byłem w lekkim szoku, kiedy wychodziłem z pokoju i usłyszałem jeszcze “pa pa Tatusiu”.
Od tamtej pory tak już jest co wieczór. Kochane dziecko.
Tytułowe wirusy gnębią nas od ponad tygodnia, w zasadzie objawiły się jedynie katarem, ale w przypadku Rafałka, który ma dopiero 3 miesiące, jest to objaw, którego nie należy lekceważyć. Dorotka wybrała się więc do lekarza z dziećmi, zadowolona, że w końcu będzie mogła przy okazji zapytać o podejrzanie duże wymiary naszego synka (młody waży tyle co Olga kiedy miała dziewięć miesięcy). Lekarz obejrzał Rafałka i zawyrokował: “Pani dziecko nie jest grube. Ono jest monstrualnie wielkie”. Uff, co za ulga. Faktycznie, mały potwór nie mieści się w statystykach, i jest mocno powyżej siatki centylowej. Grunt, że nie jest faktycznie gruby i nie wygląda jak reklama Michelin, jest po prostu duży i ciężki. Swoją drogą ciekawe czym ta Dorotka go karmi…
W każdym razie dzieci wracają do zdrowia, z czego się należy cieszyć.
Galeria, którą dziś zamieściłem średnio mieści się w temacie. Jest kilka zdjęć z zabaw ciastoliną, którą Olusia uwielbia, a co ważniejsze, rozwija się przy niej manualnie, nie wspominając już o tym, że oboje się świetnie bawimy podczas wycinania krówek, koników i lepienia główek członków rodziny ;) Nabyte umiejętności Olusia wykorzystała dzisiaj podczas lepienia pierogów, które zamieniło się w super zabawę. Akcja “pierogi” również została uwieczniona na zdjęciach. Koniec gadania, zapraszam do części wizualnej:

Jak to się fajnie dzieci chrzci…

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Zgodnie z obietnicą słów kilka o chrzcinach Rafałka. Wypada coś napisać, bo minął już niemal miesiąc, a moja pamięć bynajmniej nie poprawia się z czasem. Otóż całe wydarzenie miało miejsce 12 sierpnia, a poprzedzone było nie lada staraniami, a to o rodziców chrzestnych (w składzie – Olga, moja szanowna przyjaciółka, której – co tu ukrywać – nasza córeczka zawdzięcza swe imię, oraz Sławciu aka Elbi aka Kapitan Ważka, który, jesteśmy przekonani, zagwarantuje naszemu synkowi prawidłowy rozwój duchowy), a to o zdobycie niezbędnych do ceremonii dokumentów, co w dzisiejszych czasach nie należy do rzeczy najprostszych… Przy tym wszystkim towarzyszyło nam sporo szczęścia, jako, że Sławciu przekonany nie bez podstaw o swojej zdolności do pełnienia funkcji ojca chrzestnego nie przewidział, że zetrze się z ogromną, nieubłaganą i bezlitosną machiną biurokratyczną instytucji kościelnej i z kancelarii parafialnej odprawili go z kwitkiem. Niestety z tym metaforycznym, bo tego po jaki poszedł, nie dostał.
Na czym polegało nasze szczęście? Otóż tego dnia z wizytą do naszej parafii przyjechał sobie ksiądz biskup i miał być obecny na mszy, a Rafałek miał być jedynym chrzczonym tego dnia dzieckiem (a podobno w Wielkiej Brytanii chrzczą na trzy zmiany), w każdym razie brak wymaganych dokumentów mógłby oznaczać dyskwalifikację. Proboszcz zdaje się nie chciał zmiany planów i z trochę niechętną miną zgodził się na ochrzczenie małego.
Przyszliśmy na ostatnią chwilę, zwłaszcza Sławciu, który przybył zaraz po tym jak zniecierpliwiony ksiądz czekający na Sławka i jego karteczkę ze spowiedzi zamknął kancelarię i poszedł odprawiać mszę. W międzyczasie Olusia (ta starsza) klepnęła się w czoło, bo przypomniało jej się, że zapomniała szatki i wysłała po nią swego bohaterskiego Adasia, który niczym na rumaku białym wziął i przywiózł, niezbędny było nie było element ceremonii.
W ogóle obawialiśmy się, że łatwo nie będzie – msza wypadła w godzinach spania Olusi (tej młodszej) i nie zdziwilibyśmy się, gdyby w kulminacyjnym punkcie zaczęła być marudna. Wszystko przebiegło gładko, nawet pomimo faktu, że na spotkaniu organizacyjnym dzień wcześniej byłem obecny tylko ja i Sławciu więc podpowiadaliśmy Oldze i Dorotce co mają mówić… Mi osobiście było strasznie gorąco, z resztą cały czas trzymałem na rękach słaniającą się ze zmęczenia ale mimo to grzeczną córeczkę. Grzeczny był też główny bohater tego dnia – Rafałek przespał cały chrzest. Olusia niestety nie. Przytulała się do mnie przez cały czas co było z resztą bardzo miłe, potem trochę pospacerowaliśmy koło naszej ławeczki… W pewnym momencie, na świecy, którą dał jej potrzymać Sławciu, dojrzała mały ornament w kształcie gołąbka, od którego jakby spływały złote promyczki (a raczej kuleczki, bo całość wykonano z pomalowanego wosku). Nasze rezolutne dziecię błyskawicznie odczytało treść przekazu i oznajmiło go wszem i wobec: “hu-hu robi kupę”, a widząc nasze tłumione wprawdzie rozbawienie powtórzyła to jeszcze parę razy na głos, szczęśliwa, że robi wrażenie…
Pod koniec mszy natomiast Olga wyznała mi na ucho, że chce siusiu. To czerwony alarm, bo w końcu nie nosi pieluchy, więc wyszedłem z nią szybciutko w myślach zastanawiając się gdzie by tu wysiusiać młodą – wybór padł na zieloną trawkę, przy zazwyczaj o tej porze pustej drodze do kościoła, tuż za jego rogiem. Wyszliśmy pewnym krokiem, pakuję Olusię na trawkę i już, już miałem ściągać malutkiej spódniczkę, kiedy podniosłem wzrok, a tu czarno. Stoją sobie i rozmawiają trzej księża, obok w asyście dwie zakonnice… Głupio w takim towarzystwie podlewać mury kościoła, gdyby to były mochery, pewnie bym się nie przejmował, ale cóż, mundur budzi respekt… Na szczęście któryś się ulitował i leniwym krokiem zaprowadził nas do toalety w kancelarii. To nie byle co, Olga miała możliwość siusiać jak VIP! Kiedy wróciliśmy, było już po wszystkim, choć ksiądz był wyraźnie niezadowolony z nieobecności tatusia podczas błogosławieństwa. Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć, które możemy pokazać światu dzięki Marcinowi i Renatce (rodzicom chrzestnym Olgi, którzy także byli w kościele) i już. Dziecko ochrzczone.
Aby uczcić wydarzenie, poszliśmy na bardzo miły, wspólny obiadek do Strzechy, nota bene w to samo miejsce, w którym z Dorotką zjedliśmy kolacyjkę kilka godzin przed narodzinami Rafałka…
I tak to właśnie zdaje się było, więcej niestety nie pamiętam…

Miesiąc w pigułce

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Co robić w sobotni wieczór, kiedy obiecało się sobie i rodzinie, że dzień będzie wolny? No tak, byłoby miło nie włączać komputera, ale zdaje się mój organizm się odzwyczaił od chodzenia spać o przyzwoitej porze, więc aby nie przewracać się bez sensu z boku na bok, postanowiłem podzielić się z szeroką rzeszą fanów naszego bloga ostatnimi niusami.

Przejrzałem ostatnie posty i z pewnością włos by mi się zjeżył gdyby mogło mi się cokolwiek zjeżyć jako, że ogoliłem dzisiaj głowę na “zero bezwzględne” – od ostatniego posta minął ponad miesiąc co oznacza, że musiałbym w kilku zdaniach streścić morze wydarzeń i ocean zmian. No cóż, mści się brak systematyczności. Postaram się mimo wszystko poskładać chaotycznie cisnące mi się do głowy informacje w w miarę rozsądną całość… Na wstępie film o dzieciach, jako, że Rafał jest jeszcze w wieku, kiedy łatwiej o nim film nagrać niż opisać jakie robi postępy. Z resztą próbowaliście sobie wyobrazić jak programista może opisać pierwsze uśmiechy dziecka? Dziękuję, nie mam więcej pytań.

Olga
Gdyby istniało coś takiego jak kronika słów wypowiadanych przez naszą córeczkę to w ciągu ostatnich tygodni stałoby się pozycją wielotomową. Już nie pamiętamy jak to było kiedy Olga nie mówiła, teraz jest to dla nas normalne i oczywiste – człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego, komunikacja znacznie się poprawiła – Olusia mówi co jej nie pasuje i jakie ma życzenia, dzięki czemu nie musimy już zgadywać. Często bawimy się też we wspólne czytanie książeczek czy śpiewanie piosenek, które zna Olga – my zaczynamy wiersz, Olusia kończy – i dla nas i dla malutkiej to świetna zabawa.
Oczywiście nie uniknęliśmy typowych sytuacji, kiedy dziecko zaczyna mówić słowa, które niekoniecznie powinna wypowiadać – na przykład do tej pory problemem było “no” zamiast “tak”. Ostatnio Dorotka po sesjach na nocniku mówiła Oldze, że wytrze jej “pupę” albo “dupkę”, zależnie od fantazji w danym momencie. Było to zupełnie niewinne, do momentu kiedy Olusia nie zaczęła powtarzać “dupka” bez “k” (Olga nie mówi “k” w ogóle, w zastępstwie używając “t” – no a “dupta” byłoby stosunkowo trudne do wymówienia). Na szczęście nasza córeczka opanowuje trudną sztukę samokontroli i raz po raz powtarza “nie no – tat, nie dupa – pupa”. Muszę tylko zastanowić się jak wytłumaczyć Olusi, że kiedy mama idzie gdzieś za nami, nie mówi się “mamę gdzieś wcięło”, jak to na dzisiejszym spacerze dane mi było usłyszeć.

Rafałek
Synek generalnie rośnie nam jak na drożdżach – dwumiesięczny maluch waży tyle co Olga kiedy miała pięć miesięcy, jest wielki i ciężki a biorąc pod uwagę, że nie trzyma jeszcze sam główki (chociaż dzielnie ją dźwiga kiedy leży na brzuszku) , noszenie go na dłuższą metę nie należy do rzeczy najprostszych. W ciągu ostatnich kilku dni zaczął fajnie reagować na nasze zagadywanie – uśmiecha się, potem skupiony odpowiada “a gu…”. Generalnie złote dziecko, byłoby tylko miło, gdyby chodził spać tak ładnie jak Olga w jego wieku (przed 20-tą, zaraz po kąpieli i kolacji). Wtedy mielibyśmy z Dorotką trochę czasu dla siebie, niestety nie ma tak dobrze. Kiedy Olga już dawno śpi, a Rafałek tuli do mamusi czasem nawet do 23-ciej. W ogóle jeżeli chodzi o tulenie się do mamy, Rafał jest prawdziwym ekspertem. Pewnie bierze się to stąd, że przy dwójce dzieci musimy jakoś podzielić uwagę na szkraby. Olga jest bardzo samodzielna i radzi sobie z tym naprawdę nieźle, ale Rafałek jest głuchy na rzeczowe argumenty i deficyt mamy w ciągu dnia rekompensuje sobie wieczorem kiedy Dorotka jest już tylko dla niego…

Z całkiem jeszcze świeżych informacji o Rafałku dodam jeszcze, że w sierpniu udało nam się go ochrzcić – ale to na tyle ciekawe wydarzenie, że mam nadzieję poświęcić mu następnego posta.

A na dziś to już chyba wszystko.

poniedziałkowy piątek trzynastego

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Jest już odrobinę późno, ale napiszę kilka słów skoro społeczeństwo się domaga :) Kolejne dni upływają nam zasadniczo w miłej atmosferze, może poza poniedziałkiem, kiedy to hucznie obchodziliśmy spóźniony piątek 13-go.
Zaczęło się niewinnie – najpierw Olga o czwartej nad ranem przeciągnęła się i stwierdziła, że to już rano i kategorycznie chce usłyszeć hit Pana Terrorka “Muuuczą krowy muczą”. Według nas nie był to najszczęśliwszy pomysł, więc przeprowadziłem się z poduszką do pokoju dzieci, przytuliłem w łóżku beczącą Olgę i nie wiedzieć kiedy urwał mi się film – o tej porze to u mnie w zasadzie norma, ale małej niestety nic się nie urwało i najpierw próbowała mnie dobudzić “tato, nie psij” a potem dała za wygraną i poszła do Dorotki, która jeszcze przez godzinę próbowała ją przekonać do spania – najpierw po dobroci, a potem udzieliła buntowniczce słownej reprymendy i nagany z wpisem do akt, po czym Olga poszła wreszcie spać do łóżka chlipiąc do siebie “mama nie dobra“. Po ciężkiej nocy przyszedł kiepski dzień – po moim wyjściu do pracy okazało się, że pękł jakiś wężyk od zimnej wody w naszym pionie wskutek czego zalewamy sąsiadów. I faktycznie, powyłaziły im plamy na sufitach w łazience, od trzeciego piętra aż do parteru, więc po pracy musiałem przejść się po piętrach, poświecić oczami, złożyć wyrazy najgłębszego współczucia i zaoferować pomoc w doborze farby do sufitu.
Nie licząc wszystkich dowcipów jakie przygotował dla nas poniedziałek, dodajmy do kompletu nieszczęść zaginioną w akcji słuchawkę bluetooth, która wysunęła mi się z kieszeni kiedy biegłem do Urzędu Miasta po duplikat peselu juniora.
Na szczęście pech nie trwa wiecznie i po południu jak po burzy przebiły się do nas promienie słońca… Po raz kolejny muszę przyznać, że mamy kochane i najgrzeczniejsze dzieci na świecie. Rafał na przemian je, rośnie, śpi i się rozgląda i podobnie jak Olga w jego wieku nie ryczy bez sensu, tylko jak go coś mocno wyprowadzi z równowagi. Generalnie pukamy w niemalowane, ale nie wiemy co to kolki albo czuwanie całą noc przy dziecku, które zdziera sobie gardełko z bliżej nieokreślonych powodów. Z kolei każda chwila z Olgą to jeden za drugim wybuch śmiechu – gdybym chciał to wszystko opisać, musiałbym chyba mieć czarną skrzynkę jak boeing i na bieżąco rejestrować wszystkie wydarzenia.
Olga robi się coraz bardziej samodzielna i dzieli z nami każdy swój sukces – jest z siebie bardzo dumna jak zrobi sama coś przy czym zawsze była potrzebna pomoc lub conajmniej asysta “Musi” i kiedy wracam do domu zdaje mi szczegółowy raport wykrzykując “Tatu, siama!!!“. W ogóle powroty do domu są dla mnie strasznie przyjemne i za każdym razem wyglądają inaczej. Hit ubiegłego tygodnia wyglądał następująco: wchodzę do domu, zamykam za sobą drzwi i słyszę słodkie “Tatuuuu!” – po chwili pojawia się właścicielka owego głosiku w samej tylko koszulce, bez majteczek i wręcza mi nocnik z chlupoczącą zawartością z opisem: “Tatu, Oli siusiu, plosię.“, po czym rozpędza się (tuptając chwilkę w miejscu) i znika w pokoju dzieci.
Moja córeczka wzbudza też powszechny podziw i zazdrość innych rodziców – kiedy wieczorem inne, drące się w niebogłosy dzieci trzeba siłą wyciągać z piaskownicy unikając kopniaków, Olusia jak poczuje, że już czas, ze stoickim spokojem pakuje swoje zabawki do siateczki, wstaje i mówi, “Tatu, chcę pać, dziemy domu“. I cóż mam powiedzieć, słodkie dziecko mamy po prostu.
Ale ja to zakochany tatuś jestem…

WP Theme & Icons by N.Design Studio - Polski Wordpress
Aktualności RSS Komentarze RSS Log in