poniedziałkowy piątek trzynastego

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Jest już odrobinę późno, ale napiszę kilka słów skoro społeczeństwo się domaga :) Kolejne dni upływają nam zasadniczo w miłej atmosferze, może poza poniedziałkiem, kiedy to hucznie obchodziliśmy spóźniony piątek 13-go.
Zaczęło się niewinnie – najpierw Olga o czwartej nad ranem przeciągnęła się i stwierdziła, że to już rano i kategorycznie chce usłyszeć hit Pana Terrorka “Muuuczą krowy muczą”. Według nas nie był to najszczęśliwszy pomysł, więc przeprowadziłem się z poduszką do pokoju dzieci, przytuliłem w łóżku beczącą Olgę i nie wiedzieć kiedy urwał mi się film – o tej porze to u mnie w zasadzie norma, ale małej niestety nic się nie urwało i najpierw próbowała mnie dobudzić “tato, nie psij” a potem dała za wygraną i poszła do Dorotki, która jeszcze przez godzinę próbowała ją przekonać do spania – najpierw po dobroci, a potem udzieliła buntowniczce słownej reprymendy i nagany z wpisem do akt, po czym Olga poszła wreszcie spać do łóżka chlipiąc do siebie “mama nie dobra“. Po ciężkiej nocy przyszedł kiepski dzień – po moim wyjściu do pracy okazało się, że pękł jakiś wężyk od zimnej wody w naszym pionie wskutek czego zalewamy sąsiadów. I faktycznie, powyłaziły im plamy na sufitach w łazience, od trzeciego piętra aż do parteru, więc po pracy musiałem przejść się po piętrach, poświecić oczami, złożyć wyrazy najgłębszego współczucia i zaoferować pomoc w doborze farby do sufitu.
Nie licząc wszystkich dowcipów jakie przygotował dla nas poniedziałek, dodajmy do kompletu nieszczęść zaginioną w akcji słuchawkę bluetooth, która wysunęła mi się z kieszeni kiedy biegłem do Urzędu Miasta po duplikat peselu juniora.
Na szczęście pech nie trwa wiecznie i po południu jak po burzy przebiły się do nas promienie słońca… Po raz kolejny muszę przyznać, że mamy kochane i najgrzeczniejsze dzieci na świecie. Rafał na przemian je, rośnie, śpi i się rozgląda i podobnie jak Olga w jego wieku nie ryczy bez sensu, tylko jak go coś mocno wyprowadzi z równowagi. Generalnie pukamy w niemalowane, ale nie wiemy co to kolki albo czuwanie całą noc przy dziecku, które zdziera sobie gardełko z bliżej nieokreślonych powodów. Z kolei każda chwila z Olgą to jeden za drugim wybuch śmiechu – gdybym chciał to wszystko opisać, musiałbym chyba mieć czarną skrzynkę jak boeing i na bieżąco rejestrować wszystkie wydarzenia.
Olga robi się coraz bardziej samodzielna i dzieli z nami każdy swój sukces – jest z siebie bardzo dumna jak zrobi sama coś przy czym zawsze była potrzebna pomoc lub conajmniej asysta “Musi” i kiedy wracam do domu zdaje mi szczegółowy raport wykrzykując “Tatu, siama!!!“. W ogóle powroty do domu są dla mnie strasznie przyjemne i za każdym razem wyglądają inaczej. Hit ubiegłego tygodnia wyglądał następująco: wchodzę do domu, zamykam za sobą drzwi i słyszę słodkie “Tatuuuu!” – po chwili pojawia się właścicielka owego głosiku w samej tylko koszulce, bez majteczek i wręcza mi nocnik z chlupoczącą zawartością z opisem: “Tatu, Oli siusiu, plosię.“, po czym rozpędza się (tuptając chwilkę w miejscu) i znika w pokoju dzieci.
Moja córeczka wzbudza też powszechny podziw i zazdrość innych rodziców – kiedy wieczorem inne, drące się w niebogłosy dzieci trzeba siłą wyciągać z piaskownicy unikając kopniaków, Olusia jak poczuje, że już czas, ze stoickim spokojem pakuje swoje zabawki do siateczki, wstaje i mówi, “Tatu, chcę pać, dziemy domu“. I cóż mam powiedzieć, słodkie dziecko mamy po prostu.
Ale ja to zakochany tatuś jestem…

nareszcie słońce!

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Długo oczekiwane słońce w końcu wyszło budząc nasze dobre humory – zwłaszcza widać to po Oldze, która w końcu mogła pobiegać na słoneczku. Rafał też zrobił się jakby bardziej spokojny, chyba powoli przyzwyczaja się do relaksacyjnych, wieczornych kąpieli przy akompaniamencie pokrzykującej mu prosto do ucha Olgi “Hafał, nie płać!!!”. Odzwyczaja się z kolei od nich (od kąpieli, nie pokrzykiwań) Dorotka, której powoli zaczyna odbijać się na kręgosłupie codzienna pielęgnacja synka w pozycji pochylonej 30 stopni od pionu… no cóż, w razie potrzeby bardzo chętnie przejmę od Dorotki ten miły obowiązek i dołączę go do listy ulubionych wieczornych zajęć, gdzieś pomiędzy kąpielą Olgi, osuszaniem Olgi, ubieraniem Olgi, długimi i ożywionymi wieczornymi dyskusjami z Olgą kiedy to dostaję pełną relację tego co działo się przez cały dzień. A niedziela upłynęła nam pod znakiem samolotów, które ku uciesze Olgi (”Mosio!, Mosio!”) raz po raz przecinały niebo – dzisiaj w Aeroklubie Elbląskim był sobie zapowiadany wcześniej festyn, więc wszystko co potrafi latać wzniosło sie w powietrze.
Olga mówi coraz więcej i rozmowy z nią są prawdziwą przyjemnością. Błyskawicznie uczy się nowych słówek i wykorzystuje każdą okazję żeby je sobie utrwalić odmieniając je w najróżniejszych przypadkach i rodzajach. Oczywiście nie wszystkie słowa mają od razu właściwe brzmienie, chociaż z każdym użyciem się do niego zbliżają – dużą frajdę daje obserwowanie tej ewolucji. Obecnie literka “k” wymawiana jest jak “t” tak więc Kot stał się Totem, a blok do rysowania blotem. Olga zaczęła mówić na mamę “Musia” i mogę wychodzić z siebie próbując wynegocjować jeszcze to “ma” przed “musią”, ale to na nic. Póki co Mamusia będzie Musią, co według mnie i tak słodko brzmi. Absolutnym hitem jest dla mnie jednak “Tosiam Musiu” co oczywiście znaczy “Kocham Cię Mamusiu“…
Jako, że jeden obraz wart jest tysiąc słów, zapraszam do weekendowej galerii.

kiedy pada dzieci się nudzą…

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Jakoś nigdy wcześniej deszcz mi specjalnie nie przeszkadzał, ot, pogoda jak każda inna, zamiast hasać po dworzu człowiek zajmował się jakimiś fajnymi rzeczami w domu. Nie przypominam sobie też, żeby siadał mi specjalnie nastrój z powodu kilku chmurek więcej chociaż faktycznie spodziewałem się więcej po lipcu… No i fakt faktem, denerwuje mnie wiecznie wilgotne pranie, którego produkujemy mnóstwo (w ilości odwrotnie proporcjonalnej do wieku członków rodziny). W słoneczny dzień pranie schnie błyskawicznie, a kiedy pada trzeba się ratować żelazkiem plując sobie w brodę, że nie kupiliśmy pralki z suszarką, która w taką pogodę z pewnością uratowałaby nam życie.
To co dało się zauważyć to fakt, że dla Olgi zamiana rodzinnych spacerów, ślizgawki i babek z piasku na kredki, pieczątki i Pana Terrorka na krótką metę była do przyjęcia, ale kiedy deszczowa aura pozostała z nami trochę dłużej, morale spadły do zera. Na szczęście Olga nie traktuje Rafałka jako sprawcę przyjścia deszczu, który zbiegł się niezbyt szczęśliwie z przyjściem Oli braciszka na świat a trzymał tak naprawdę do wczoraj… W międzyczasie Olga zaliczyła kilka spacerków (pomimo wszystko) przeskakując przez kałuże z parasolką, która wygląda jak słoneczko, z czego większość prowadziła albo do sklepu albo do pobliskiego Meksyku. Pełni dobrych myśli czekamy na weekend, który ma podobno przynieść trochę słońca. Ha, niech przynosi!

dochodzimy do siebie!

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
pierwszy spacer we czwórkęNo i ani się człowiek obejrzał, a od narodzin nowego członka rodziny minęły już prawie dwa tygodnie. Powolutku zaczynamy się odnajdywać w nowej sytuacji i dostosowywać plan dnia do małego człowieczka. Dorotka czuje się już znacznie lepiej i chyba dochodzi do siebie szybciej niż po urodzeniu Olgi – w sumie to nic dziwnego, ze strony naszego starszego dziecka nie możemy liczyć na taryfę ulgową. Maleńka wymaga teraz więcej uwagi niż wcześniej, patrzy na nas bardzo uważnie i wyrabia sobie opinię na temat bieżących wydarzeń. A ma o czym myśleć, bo z jednej strony ma braciszka, którego może przytulać i całować – dbamy o to, żeby czuła się ważna i kontakty Olgi z maluszkiem bardzo czujnie ale i subtelnie kontrolujemy tak, by siostrzyczka nie odczuła, że boimy się, że pogłaszcze braciszka nieco za mocno ;)

Olga na lipcowo-jesiennym spacerku z tatusiemZ drugiej strony mały ssaczek przypięty do piersi skutecznie porywa uwagę mamusi i ogranicza możliwości ruchu – nie zawsze można się razem pobawić, wyglądać przez okno gdzie pracuje koparka, czy podać kredki i blok (”blot”) nie wspominając już o bardziej aktywnych zabawach. W dodatku pogoda już drugi tydzień przypomina bardziej październik niż lipiec, huśtawki są mokre, a w piaskownicach błoto… ech, dramat. Ratujemy się Meksykiem (plac zabaw pod dachem niedaleko nas), gdzie Olga może spokojnie pohasać w kolorowych piłeczkach i poskakać na dmuchanym zamku, ale tam też póki co Dorotka niestety nie pójdzie. Staram się wynagrodzić Oldze tą lukę moją uwagą, ale wiadomo – co mamusia to mamusia… Oleńka posiadła natomiast kolejną umiejętność, która po odstawieniu pieluch bardzo pomaga rodzicom – mianowicie doskonale umie zająć się sobą i czasami spokojnie bawi się sama. Ostatnio wrażenie zrobiło na niej karmienie piersią i ogólnie pielęgnacja noworodka. Biega po domu z lalą, przykłada ją sobie do piersi (”lala mniam mniam”), kąpie ją w wanience ;) Naprawdę sweet jak się małą na tym nakryje…

jedno z pierwszych zdjęć RafałkaDużym sukcesem jest fakt, że od powrotu Dorotki i Rafałka ze szpitala udało nam się wprowadzić nowy porządek dnia bez większych problemów, choć w teorii kąpanie i usypianie dwójki maluchów wyglądało nam na karkołomne zajęcie pełne nieprzewidzianych sytuacji. Zależało nam na tym, żeby każdy wieczór wyglądał dla dzieci (a zwłaszcza dla Rafałka) tak samo – już przy maleńkiej Oldze przekonaliśmy się, że taka regularność i powtarzalność doby daje maluszkowi poczucie bezpieczeństwa, a nam trochę czasu dla siebie, bo jak wszystko dobrze pójdzie, dzieci parę minut po 20:00 już smacznie śpią. Olga do rana, a Rafał po 23-ciej zaczyna mnie powoli wołać, żebym wziął go do cycka, nie mojego rzecz jasna…
No, rozpisałem się jak zwykle, koniec na dzisiaj.

dzień pierwszy

Lajf, Wszystkie wpisy Comments
Chyba trzeba będzie wykreślić disclaimer i nagłówek o najrzadziej aktualizowanym blogu… dzień powrotu Dorotki ze szpitala wypadł bardzo dobrze – Olga od samego rana nie mogła się wprost doczekać kiedy pojedziemy do szpitala po mamę i “Oli dzidzię”. Maleńka pomagała mi ścielić łóżeczko dla braciszka, a kiedy podniosłem materac do góry, mieliśmy małe spięcie, bo dwoma zwinnymi ruchami wspięła się do góry i cała szczęśliwa podskakiwała w na posłaniu dla malucha. Wytłumaczyłem jej, że sama nie może się wspinać, “bo tata sie boi, że Olusia zrobi sobie krzywdę” co nie jest do końca prawdą bo nie na takie rzeczy już właziła, ale postanowiłem nie wywoływać w niej uczucia, że boję się, że będzie nieostrożna i zrobi krzywdę maluchowi. Zostało to okupione łzami jak grochy, ale zdaje się dotarło.
Posprzątaliśmy dokładnie mieszkanie, chociaż Olga cały czas mnie odciągała do bloku i kredek, żebym narysował jej babę i dziadzię, mamusię, tatusia, Olgę i Rafałka, ale kiedy Dorotka zadzwoniła i powiedziała, że możemy już przyjechać, Oleńka wskoczyła na wysokie obroty i nawet wzięła czyściutką, świeżo wypraną pieluszkę flanelową i zapamiętale szorowała podłogę podczas gdy ja wycierałem szmatą w drugim pokoju. W końcu wszystko zaczęło lśnić i pojechaliśmy. Cały czas mam przed oczami ten obrazek, kiedy Olga przytuliła się do mamusi a potem Dorotka wzięła ją za rękę, posadziła na szpitalnym łóżku i położyła na kolanach braciszka, którego Olcia zaczęła obejmować. Olga jest bardzo przejęta rolą siostry i bardzo się cieszy z braciszka. Przygotowaliśmy ją na widok mamy karmiącej piersią, więc nie przeżyła specjalnego szoku. Pomagała też w kąpieli, obserwowała przewijanie, ubieranie czyli w zasadzie wszystko co z takim maluszkiem się dzieje.
Wiem, że to tylko pierwszy dzień i niebawem Olga może zauważyć, że taki mały braciszek to nie chwilowa atrakcja ale na dłuższą metę ogranicza ją i absorbuje sporo uwagi mamy, dlatego musimy być jeszcze bardziej czujni ze względu na jej uczucia. Ale myślę, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.
Ok, do pracy…

WP Theme & Icons by N.Design Studio - Polski Wordpress
Aktualności RSS Komentarze RSS Log in