Zgodnie z obietnicą słów kilka o chrzcinach Rafałka. Wypada coś napisać, bo minął już niemal miesiąc, a moja pamięć bynajmniej nie poprawia się z czasem. Otóż całe wydarzenie miało miejsce 12 sierpnia, a poprzedzone było nie lada staraniami, a to o rodziców chrzestnych (w składzie – Olga, moja szanowna przyjaciółka, której – co tu ukrywać – nasza córeczka zawdzięcza swe imię, oraz Sławciu aka Elbi aka Kapitan Ważka, który, jesteśmy przekonani, zagwarantuje naszemu synkowi prawidłowy rozwój duchowy), a to o zdobycie niezbędnych do ceremonii dokumentów, co w dzisiejszych czasach nie należy do rzeczy najprostszych… Przy tym wszystkim towarzyszyło nam sporo szczęścia, jako, że Sławciu przekonany nie bez podstaw o swojej zdolności do pełnienia funkcji ojca chrzestnego nie przewidział, że zetrze się z ogromną, nieubłaganą i bezlitosną machiną biurokratyczną instytucji kościelnej i z kancelarii parafialnej odprawili go z kwitkiem. Niestety z tym metaforycznym, bo tego po jaki poszedł, nie dostał.
Na czym polegało nasze szczęście? Otóż tego dnia z wizytą do naszej parafii przyjechał sobie ksiądz biskup i miał być obecny na mszy, a Rafałek miał być jedynym chrzczonym tego dnia dzieckiem (a podobno w Wielkiej Brytanii chrzczą na trzy zmiany), w każdym razie brak wymaganych dokumentów mógłby oznaczać dyskwalifikację. Proboszcz zdaje się nie chciał zmiany planów i z trochę niechętną miną zgodził się na ochrzczenie małego.
Przyszliśmy na ostatnią chwilę, zwłaszcza Sławciu, który przybył zaraz po tym jak zniecierpliwiony ksiądz czekający na Sławka i jego karteczkę ze spowiedzi zamknął kancelarię i poszedł odprawiać mszę. W międzyczasie Olusia (ta starsza) klepnęła się w czoło, bo przypomniało jej się, że zapomniała szatki i wysłała po nią swego bohaterskiego Adasia, który niczym na rumaku białym wziął i przywiózł, niezbędny było nie było element ceremonii. W ogóle obawialiśmy się, że łatwo nie będzie – msza wypadła w godzinach spania Olusi (tej młodszej) i nie zdziwilibyśmy się, gdyby w kulminacyjnym punkcie zaczęła być marudna. Wszystko przebiegło gładko, nawet pomimo faktu, że na spotkaniu organizacyjnym dzień wcześniej byłem obecny tylko ja i Sławciu więc podpowiadaliśmy Oldze i Dorotce co mają mówić… Mi osobiście było strasznie gorąco, z resztą cały czas trzymałem na rękach słaniającą się ze zmęczenia ale mimo to grzeczną córeczkę. Grzeczny był też główny bohater tego dnia – Rafałek przespał cały chrzest. Olusia niestety nie. Przytulała się do mnie przez cały czas co było z resztą bardzo miłe, potem trochę pospacerowaliśmy koło naszej ławeczki… W pewnym momencie, na świecy, którą dał jej potrzymać Sławciu, dojrzała mały ornament w kształcie gołąbka, od którego jakby spływały złote promyczki (a raczej kuleczki, bo całość wykonano z pomalowanego wosku). Nasze rezolutne dziecię błyskawicznie odczytało treść przekazu i oznajmiło go wszem i wobec: “hu-hu robi kupę”, a widząc nasze tłumione wprawdzie rozbawienie powtórzyła to jeszcze parę razy na głos, szczęśliwa, że robi wrażenie… Pod koniec mszy natomiast Olga wyznała mi na ucho, że chce siusiu. To czerwony alarm, bo w końcu nie nosi pieluchy, więc wyszedłem z nią szybciutko w myślach zastanawiając się gdzie by tu wysiusiać młodą – wybór padł na zieloną trawkę, przy zazwyczaj o tej porze pustej drodze do kościoła, tuż za jego rogiem. Wyszliśmy pewnym krokiem, pakuję Olusię na trawkę i już, już miałem ściągać malutkiej spódniczkę, kiedy podniosłem wzrok, a tu czarno. Stoją sobie i rozmawiają trzej księża, obok w asyście dwie zakonnice… Głupio w takim towarzystwie podlewać mury kościoła, gdyby to były mochery, pewnie bym się nie przejmował, ale cóż, mundur budzi respekt… Na szczęście któryś się ulitował i leniwym krokiem zaprowadził nas do toalety w kancelarii. To nie byle co, Olga miała możliwość siusiać jak VIP! Kiedy wróciliśmy, było już po wszystkim, choć ksiądz był wyraźnie niezadowolony z nieobecności tatusia podczas błogosławieństwa. Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć, które możemy pokazać światu dzięki Marcinowi i Renatce (rodzicom chrzestnym Olgi, którzy także byli w kościele) i już. Dziecko ochrzczone.
Aby uczcić wydarzenie, poszliśmy na bardzo miły, wspólny obiadek do Strzechy, nota bene w to samo miejsce, w którym z Dorotką zjedliśmy kolacyjkę kilka godzin przed narodzinami Rafałka…
I tak to właśnie zdaje się było, więcej niestety nie pamiętam…
Co robić w sobotni wieczór, kiedy obiecało się sobie i rodzinie, że dzień będzie wolny? No tak, byłoby miło nie włączać komputera, ale zdaje się mój organizm się odzwyczaił od chodzenia spać o przyzwoitej porze, więc aby nie przewracać się bez sensu z boku na bok, postanowiłem podzielić się z szeroką rzeszą fanów naszego bloga ostatnimi niusami.
Przejrzałem ostatnie posty i z pewnością włos by mi się zjeżył gdyby mogło mi się cokolwiek zjeżyć jako, że ogoliłem dzisiaj głowę na “zero bezwzględne” – od ostatniego posta minął ponad miesiąc co oznacza, że musiałbym w kilku zdaniach streścić morze wydarzeń i ocean zmian. No cóż, mści się brak systematyczności. Postaram się mimo wszystko poskładać chaotycznie cisnące mi się do głowy informacje w w miarę rozsądną całość… Na wstępie film o dzieciach, jako, że Rafał jest jeszcze w wieku, kiedy łatwiej o nim film nagrać niż opisać jakie robi postępy. Z resztą próbowaliście sobie wyobrazić jak programista może opisać pierwsze uśmiechy dziecka? Dziękuję, nie mam więcej pytań.
Olga Gdyby istniało coś takiego jak kronika słów wypowiadanych przez naszą córeczkę to w ciągu ostatnich tygodni stałoby się pozycją wielotomową. Już nie pamiętamy jak to było kiedy Olga nie mówiła, teraz jest to dla nas normalne i oczywiste – człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego, komunikacja znacznie się poprawiła – Olusia mówi co jej nie pasuje i jakie ma życzenia, dzięki czemu nie musimy już zgadywać. Często bawimy się też we wspólne czytanie książeczek czy śpiewanie piosenek, które zna Olga – my zaczynamy wiersz, Olusia kończy – i dla nas i dla malutkiej to świetna zabawa. Oczywiście nie uniknęliśmy typowych sytuacji, kiedy dziecko zaczyna mówić słowa, które niekoniecznie powinna wypowiadać – na przykład do tej pory problemem było “no” zamiast “tak”. Ostatnio Dorotka po sesjach na nocniku mówiła Oldze, że wytrze jej “pupę” albo “dupkę”, zależnie od fantazji w danym momencie. Było to zupełnie niewinne, do momentu kiedy Olusia nie zaczęła powtarzać “dupka” bez “k” (Olga nie mówi “k” w ogóle, w zastępstwie używając “t” – no a “dupta” byłoby stosunkowo trudne do wymówienia). Na szczęście nasza córeczka opanowuje trudną sztukę samokontroli i raz po raz powtarza “nie no – tat, nie dupa – pupa”. Muszę tylko zastanowić się jak wytłumaczyć Olusi, że kiedy mama idzie gdzieś za nami, nie mówi się “mamę gdzieś wcięło”, jak to na dzisiejszym spacerze dane mi było usłyszeć.
Rafałek Synek generalnie rośnie nam jak na drożdżach – dwumiesięczny maluch waży tyle co Olga kiedy miała pięć miesięcy, jest wielki i ciężki a biorąc pod uwagę, że nie trzyma jeszcze sam główki (chociaż dzielnie ją dźwiga kiedy leży na brzuszku) , noszenie go na dłuższą metę nie należy do rzeczy najprostszych. W ciągu ostatnich kilku dni zaczął fajnie reagować na nasze zagadywanie – uśmiecha się, potem skupiony odpowiada “a gu…”. Generalnie złote dziecko, byłoby tylko miło, gdyby chodził spać tak ładnie jak Olga w jego wieku (przed 20-tą, zaraz po kąpieli i kolacji). Wtedy mielibyśmy z Dorotką trochę czasu dla siebie, niestety nie ma tak dobrze. Kiedy Olga już dawno śpi, a Rafałek tuli do mamusi czasem nawet do 23-ciej. W ogóle jeżeli chodzi o tulenie się do mamy, Rafał jest prawdziwym ekspertem. Pewnie bierze się to stąd, że przy dwójce dzieci musimy jakoś podzielić uwagę na szkraby. Olga jest bardzo samodzielna i radzi sobie z tym naprawdę nieźle, ale Rafałek jest głuchy na rzeczowe argumenty i deficyt mamy w ciągu dnia rekompensuje sobie wieczorem kiedy Dorotka jest już tylko dla niego…
Z całkiem jeszcze świeżych informacji o Rafałku dodam jeszcze, że w sierpniu udało nam się go ochrzcić – ale to na tyle ciekawe wydarzenie, że mam nadzieję poświęcić mu następnego posta.
Ostatnie Komentarze