Czas leci nieubłaganie a nasz mały blog sam nie chce się niestety aktualizować. Pora zatem na porcję niusów. Co u nas? Ano właściwie sielanka, Rafałek fajnie się rozwija – zaczął chwytać interesujące go przedmioty i jest generalnie niezwykle pogodnym dzieckiem. Jedyny problem to to, że odziedziczył po mnie godziny aktywności dobowej. Jakoś nie czuje potrzeby zasypiania po wieczorynce i czasem do 22:00 zupełnie przytomny rozgląda się na boki i zastanawia co mają znaczyć błagalne spojrzenia mamusi. Olga z kolei to złote dziecko – dwa tygodnie temu odstawiła smoczek, który dotychczas był niezbędnym elementem ceremonii usypiania, a w zeszłym tygodniu spotkało mnie jeszcze większe zdziwienie. Otóż pewnego pięknego wieczoru, kiedy już Olusia powiedziała już “pa pa” księżycowi, który przykrył się chmurką i ułożył do snu na rozgwieżdżonym niebie, Olusia przykryła się swoją chmurką (kocem), wciągnęła całą butlę mleka i odwróciła się na drugi bok. Trochę zbaraniałem, bo zazwyczaj musiałem śpiewać to “aaa, kotki dwa”, albo “babucha poducha”, tudzież inne kołysanki, a po wyczerpaniu repertuaru wolne kawałki Dżemu albo inne klasyki polskiego rocka przy czym nierzadko sam zasypiałem, a obiekt usypiany tak jakoś przy okazji… Tym razem było inaczej. Pytam więc:
- zaśpiewać Ci kołysankę? A może opowiedzieć bajeczkę? – na co Olusia:
- nie Tatusiu, idź do mamusi.
- sama zaśniesz?
- sama.
Byłem w lekkim szoku, kiedy wychodziłem z pokoju i usłyszałem jeszcze “pa pa Tatusiu”.
Od tamtej pory tak już jest co wieczór. Kochane dziecko.
Tytułowe wirusy gnębią nas od ponad tygodnia, w zasadzie objawiły się jedynie katarem, ale w przypadku Rafałka, który ma dopiero 3 miesiące, jest to objaw, którego nie należy lekceważyć. Dorotka wybrała się więc do lekarza z dziećmi, zadowolona, że w końcu będzie mogła przy okazji zapytać o podejrzanie duże wymiary naszego synka (młody waży tyle co Olga kiedy miała dziewięć miesięcy). Lekarz obejrzał Rafałka i zawyrokował: “Pani dziecko nie jest grube. Ono jest monstrualnie wielkie”. Uff, co za ulga. Faktycznie, mały potwór nie mieści się w statystykach, i jest mocno powyżej siatki centylowej. Grunt, że nie jest faktycznie gruby i nie wygląda jak reklama Michelin, jest po prostu duży i ciężki. Swoją drogą ciekawe czym ta Dorotka go karmi…
W każdym razie dzieci wracają do zdrowia, z czego się należy cieszyć.
Galeria, którą dziś zamieściłem średnio mieści się w temacie. Jest kilka zdjęć z zabaw ciastoliną, którą Olusia uwielbia, a co ważniejsze, rozwija się przy niej manualnie, nie wspominając już o tym, że oboje się świetnie bawimy podczas wycinania krówek, koników i lepienia główek członków rodziny ;) Nabyte umiejętności Olusia wykorzystała dzisiaj podczas lepienia pierogów, które zamieniło się w super zabawę. Akcja “pierogi” również została uwieczniona na zdjęciach. Koniec gadania, zapraszam do części wizualnej: