Tak oto niektórzy rodzice przed świętami bezlitośnie wykorzystują biedne, niewinne dzieci do najcięższych prac domowych.

Film Comments

świątecznie

Lajf, Wszystkie wpisy Comments

Przemielone już grzyby maszynką,
wszyscy jeszcze za stołem (nie pod).
Wielkich paczek pod świąteczną choinką
życzy Przemek, rodzina i kot.
(generator wierszyków wigilijnych)

Urodziny zaliczone!

Lajf, Wszystkie wpisy Comments

…a konkretnie to zaliczone do bardzo udanych, kto był ten pewnie się zgodzi. Nasze starania, żeby cały dzień przebiegał dla Olusi wyjątkowo, odniosły chyba zamierzony efekt. Zaraz po przebudzeniu dostała po prezencie – od taty, mamy i braciszka, po czym została skrupulatnie i sumiennie wyłaskotana. Właściwa impreza urodzinowa rozpoczęła się o godzinie 11-tej, w “Meksyku”, – solenizantka wdzięcznie przyjmowała życzenia, wysłuchała sto lat sto lat i niech jej gwiazdka pomyślności, po czym zdmuchnęła świeczki, wraz z gośćmi skonsumowała tort i rzuciła się w wir zabawy. Chiński basen (swoją drogą głupia nazwa – moja teoria na temat jej powstania głosi, że basen wypełniony jest tysiącami kolorowych piłeczek a na każdej z nich wytłoczone jest “made in china” a idąc tym tropem, właśnie piszę posta na chińskiej klawiaturze patrząc w chiński monitor), zjeżdżalnie, dmuchany zamek, wózeczki, samochodziki, lalki i w ogóle czyste szaleństwo. Goście oczywiście dopisali – niniejszym serdecznie wszystkim dziękujemy za liczne przybycie i w ogóle fajni jesteście! I chociaż brakowało jeszcze kilku osób, które z różnych względów nie mogły przybyć, to i tak było super, dzieci bawiły się świetnie, dorośli chyba też :) .

Po powrocie do domu doceniliśmy zalety przedpołudniowej imprezy urodzinowej – mieliśmy cały długi dzień na zabawę urodzinowymi prezentami – Olusia najchętniej bawiłaby się wszystkim na raz, przebierała się w ubranka, bawiła się w sklep, pakowała się na kolana z książeczkami, rysowała, wyklejała, dmuchała baloniki… i to wszystko przez pierwszą godzinę. Generalnie samym wyliczaniem tego co robiliśmy można się zmęczyć, tak więc nic chyba dziwnego, że byliśmy z Dorotką wykończeni już po dwóch godzinach. Na szczęście Olusia także, więc poszła grzecznie spać po 19 – zaraz po zamienieniu wspólnie z Rafciem łazienki  w pracownię Picassa  za pomocą kredek do kąpieli… i już. Olusia ma oficjalnie trzy latka skończone. Niech jej gwiazdka… :)

Nawiązując do komentarzy pod poprzednim postem, zgodnie z obietnicą, przy śniadaniu przekazałem Olusi życzenia. Jak z wujkiem Rzepką nie było wątpliwości, tak kiedy powiedziałem, że Olusia ma najlepsze życzenia od Wujka z Afryki, Olga między jednym a drugim kęsem jajka na miękko upewniła się: “od Kubka?” I co, nie mamy bystrego dziecka? :)

Refleksje urodzinowe

Lajf, Wszystkie wpisy Comments

Miałem już iść spać, żeby dzisiaj – w dzień trzecich urodzin Olusi być w 100% na chodzie, ale jakoś tak mi się zebrało na wspomnienia jak wyglądał 15 listopad 2005, z zegarkiem w ręku dokładnie trzy lata temu, kiedy nagle pojawiła się na świecie Olusia i już na zawsze zmieniła całe nasze źycie. Generalnie co tu ukrywać – byliśmy zieloni. Na Olusię czekaliśmy z niecierpliwością, przepełnieni szczęściem ale i niepokojem, bo żadne z nas nie miało wcześniej wielkiego doświadczenia z dziećmi.  Staraliśmy się więc jak najlepiej przygotować, zgłębialiśmy książkowe mądrości, słuchaliśmy cennych rad położnej, kupiliśmy wszystkie gadżety do pielęgnacji, urządziliśmy przytulny pokoik… I kiedy wszystko już było gotowe, spakowana torba do szpitala, łóżeczko i przewijak stały w pokoju, wanienka czekała w łazience a pachnący nowością wózek w przedpokoju, powolutku zaczęło do nas docierać w co się pakujemy :) Właściwie to wydawało nam się, że dociera, bo do samych narodzin bycie rodzicami było dla nas czystą abstrakcją. Dopiero kiedy przyglądałem się Olusi jak dogrzewała się pod lampą zanim zaniosłem ją  Dorotce do pierwszego karmienia, zaczynałem co nieco rozumieć. Kiedy wracałem w nocy do domu, a Dorotka leżała w szpitalnym łóżku z naszą córeczką, spadł pierwszy śnieg. I to był chyba najpiękniejszy śnieg w naszym życiu.

Nagle pojawiło się na świecie nasze dziecko – mały człowiek, który jest i już zawsze będzie częścią naszego życia, od pierwszej chwili zdany tylko na nas. W tej chwili jedyne czego potrzebuje to ciepło mamusi i bliskość, ale wkrótce sama będzie odkrywać świat, wszystko będzie dla niej nowe, wszystko będzie się dla niej po raz pierwszy. Pierwsza zima, wiosna, lato, pierwsza gwiazdka… Jak cudownie będzie być wtedy przy niej, pokazywać te wszystkie fajne rzeczy…

A potem jak to zwykle bywa nastąpiło nieuniknione brutalne starcie teorii z praktyką: :D

Wszystkiego najlepszego Olusiu!

Rafałek

Lajf, Wszystkie wpisy Comments

Tak się szczęśliwie składa, że mamy już kolejny miesiąc odkąd ostatnio tu zaglądałem. Jako, że humor mam dobry, a organizm w miarę wypoczęty po długim weekendzie (choć te dwa małe potwory bezlitośnie budzą nas dzień w dzień o skandalicznej porze, a co więcej podejrzewam, że bestie umawiają się, żeby urządzać nam pobudkę wcześniej, kiedy akurat nie idę do pracy i czysto teoretycznie mógłbym się wyspać) – postanowiłem zatem wpaść i łaskawie coś blognąć.

Obiecałem ostatnio, że tym razem będzie o Rafałku. Tak więc Rafalątko nasze przeszło metamorfozę przemieniając się z małego brzdąca z wielkim brzuszkiem w nad podziw urodziwego młodzieńca o bystrym spojrzeniu, przez co – bądźmy szczerzy – kompletnie mnie już nie przypomina i nikt nawet się nie porywa na komentarz “do tatusia podobny”. To co Rafałkowi zostało po niedawnej figurze, to wilczy apetyt. Nasz kochany synek to skrzyżowanie czarnej dziury z Diabłem Tasmańskim – wszystko co nadaje się do zjedzenia staje się nagle obiektem pożądania. Bywa, że Rafalątko zjada swoją porcję, następnie wyżebraną dokładkę, po wchłonięciu której zabiera się za nieskończony obiadek Olusi, a pół godziny później po moim powrocie z pracy pakuje mi się na kolana i otwiera buzię jak pisklę w gnieździe za każdym razem kiedy podnoszę łyżkę,  patrząc na mnie tak jakby tydzień nie jadł, co daje mniej więcej taki efekt, że jem średnio trzy razy szybciej, tak, żeby ewentualnie odpalać Rafałkowi co czwartą a nie co drugą łyżkę.

Można by się zastanawiać po co małemu człowieczkowi tyle paliwa, ale tu dochodzimy do następnego niekwestionowanego talentu a zarazem hobby, któremu Rafciu poświęca większość swojego cennego czasu. Destrukcja. Rafałek generalnie gardzi zabawkami (o ile nie hałasują), uważając je za tanią próbę odciągnięcia uwagi od noży, kontaktów, młotka i generalnie wszystkiego co znajduje się poza zasięgiem rączek. Genialną zabawą dla niego była pomoc przy montażu nowego łóżeczka i demontażu starego, gdzie Rafałek mógł w skupieniu i z ważną miną odkręcać imbusy.  Rafciu jest bardzo ciekawy świata więc jak gąbka chłonie wiedzęo otoczeniu, zdobywając ją głównie na drodze poważnych doświadczeń i eksperymentów. Nie omieszkam tu wspomnieć o rozlicznych sukcesach jakie odniósł na niwie studiowania zagadkowego zjawiska wyporności wody. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu Olusia właśnie zrobiła “dwójeczkę” i po fakcie kategorycznie zażądała wytarcia pupy. Wtedy Rafałek widząc, że ręce mam zajęte, błyskawicznie podjął decyzję o przeprowadzeniu przełomowego eksperymentu i chwilę później z głośnym “plof” w sedesie wylądowała słuchawka telefonu bezprzewodowego, a Rafciu rzucił się do obserwacji. Telefon zaczął działać na drugi dzień a zapach stracił po trzech. Tyle szczęścia nie miał niestety Tik-Tak – mówiący zegarek Olusi. Rafałek niósł go w rączkach przez cały dom po to, żeby wrzucić go z rozmachem do wanny. Nie pamiętam już jakie były ostatnie słowa zegarka, dość, że teraz nic nie mówi i nie chce pokazywać godziny. Można by tu długo wymieniać, wspomnę tylko, że ostatnią ofiarą jest wieszak na ubrania, który Rafciu po prostu wyrwał ze ściany. Trudno się generalnie na niego gniewać, bo żaden z aktów destrukcji nie jest dokonywany złośliwie, a Rafałek to pogodny, kochany chłopiec.

Rafałek zaczyna mówić. W zasadzie to mówi już od dawna, mnóstwo rzeczy, tylko, że zasób zrozumiałych przez nas słów już dawno się nie powiększał – czyli “mama”, “tata”, “ćśśś”, “śśśś”. Najskuteczniejszym środkiem wyrażenia emocji kłębiących się w małym serduszku zazwyczaj było głośne “hyyyyyyyy” powiązane z dramatycznym wyrzuceniem rączek do góry. Prawdopodobnie wkrótce się to zmieni – Rafałek powolutku zaczyna powtarzać po nas słowa i chociaż jeszcze ich nie używa, to pewnie nastąpi to lada dzień…

Muszę jednak dodać kilka słów o Olusi, skoro już jestem przy sukcesach na polu przyswajania języka ojczystego przez nasze dzieci. Olga ni z gruszki ni z pietruszki zaczęła mówić “er” – po prostu któregoś dnia przyszła do nas do łóżka kiedy to rrrraczyliśmy się porrrranną kawą i wypaliła: mamusiu, mówię “errr”. Powtórzyła to jeszcze trzy razy zanim się zorientowaliśmy – zrzucam to na karb niewyspania, bo co jak co, ale zawsze się wsłuchujemy w to co nasze dzieci do nas mówią. I faktycznie. Przez całe następne trzy dni męczyliśmy Olusię ćwiczeniem “err” wymyślając najtrrrudniejsze frrrazy, w rodzaju: “terrorysta wytarł fartuchem zakrwawiony topór” :) . Oluśce tak się spodobało “er”, że zaczęła nawet zamiast “ale” mówić “are” :)

WP Theme & Icons by N.Design Studio - Polski Wordpress
Aktualności RSS Komentarze RSS Log in