Tak się szczęśliwie składa, że mamy już kolejny miesiąc odkąd ostatnio tu zaglądałem. Jako, że humor mam dobry, a organizm w miarę wypoczęty po długim weekendzie (choć te dwa małe potwory bezlitośnie budzą nas dzień w dzień o skandalicznej porze, a co więcej podejrzewam, że bestie umawiają się, żeby urządzać nam pobudkę wcześniej, kiedy akurat nie idę do pracy i czysto teoretycznie mógłbym się wyspać) – postanowiłem zatem wpaść i łaskawie coś blognąć.

Obiecałem ostatnio, że tym razem będzie o Rafałku. Tak więc Rafalątko nasze przeszło metamorfozę przemieniając się z małego brzdąca z wielkim brzuszkiem w nad podziw urodziwego młodzieńca o bystrym spojrzeniu, przez co – bądźmy szczerzy – kompletnie mnie już nie przypomina i nikt nawet się nie porywa na komentarz “do tatusia podobny”. To co Rafałkowi zostało po niedawnej figurze, to wilczy apetyt. Nasz kochany synek to skrzyżowanie czarnej dziury z Diabłem Tasmańskim – wszystko co nadaje się do zjedzenia staje się nagle obiektem pożądania. Bywa, że Rafalątko zjada swoją porcję, następnie wyżebraną dokładkę, po wchłonięciu której zabiera się za nieskończony obiadek Olusi, a pół godziny później po moim powrocie z pracy pakuje mi się na kolana i otwiera buzię jak pisklę w gnieździe za każdym razem kiedy podnoszę łyżkę,  patrząc na mnie tak jakby tydzień nie jadł, co daje mniej więcej taki efekt, że jem średnio trzy razy szybciej, tak, żeby ewentualnie odpalać Rafałkowi co czwartą a nie co drugą łyżkę.

Można by się zastanawiać po co małemu człowieczkowi tyle paliwa, ale tu dochodzimy do następnego niekwestionowanego talentu a zarazem hobby, któremu Rafciu poświęca większość swojego cennego czasu. Destrukcja. Rafałek generalnie gardzi zabawkami (o ile nie hałasują), uważając je za tanią próbę odciągnięcia uwagi od noży, kontaktów, młotka i generalnie wszystkiego co znajduje się poza zasięgiem rączek. Genialną zabawą dla niego była pomoc przy montażu nowego łóżeczka i demontażu starego, gdzie Rafałek mógł w skupieniu i z ważną miną odkręcać imbusy.  Rafciu jest bardzo ciekawy świata więc jak gąbka chłonie wiedzęo otoczeniu, zdobywając ją głównie na drodze poważnych doświadczeń i eksperymentów. Nie omieszkam tu wspomnieć o rozlicznych sukcesach jakie odniósł na niwie studiowania zagadkowego zjawiska wyporności wody. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu Olusia właśnie zrobiła “dwójeczkę” i po fakcie kategorycznie zażądała wytarcia pupy. Wtedy Rafałek widząc, że ręce mam zajęte, błyskawicznie podjął decyzję o przeprowadzeniu przełomowego eksperymentu i chwilę później z głośnym “plof” w sedesie wylądowała słuchawka telefonu bezprzewodowego, a Rafciu rzucił się do obserwacji. Telefon zaczął działać na drugi dzień a zapach stracił po trzech. Tyle szczęścia nie miał niestety Tik-Tak – mówiący zegarek Olusi. Rafałek niósł go w rączkach przez cały dom po to, żeby wrzucić go z rozmachem do wanny. Nie pamiętam już jakie były ostatnie słowa zegarka, dość, że teraz nic nie mówi i nie chce pokazywać godziny. Można by tu długo wymieniać, wspomnę tylko, że ostatnią ofiarą jest wieszak na ubrania, który Rafciu po prostu wyrwał ze ściany. Trudno się generalnie na niego gniewać, bo żaden z aktów destrukcji nie jest dokonywany złośliwie, a Rafałek to pogodny, kochany chłopiec.

Rafałek zaczyna mówić. W zasadzie to mówi już od dawna, mnóstwo rzeczy, tylko, że zasób zrozumiałych przez nas słów już dawno się nie powiększał – czyli “mama”, “tata”, “ćśśś”, “śśśś”. Najskuteczniejszym środkiem wyrażenia emocji kłębiących się w małym serduszku zazwyczaj było głośne “hyyyyyyyy” powiązane z dramatycznym wyrzuceniem rączek do góry. Prawdopodobnie wkrótce się to zmieni – Rafałek powolutku zaczyna powtarzać po nas słowa i chociaż jeszcze ich nie używa, to pewnie nastąpi to lada dzień…

Muszę jednak dodać kilka słów o Olusi, skoro już jestem przy sukcesach na polu przyswajania języka ojczystego przez nasze dzieci. Olga ni z gruszki ni z pietruszki zaczęła mówić “er” – po prostu któregoś dnia przyszła do nas do łóżka kiedy to rrrraczyliśmy się porrrranną kawą i wypaliła: mamusiu, mówię “errr”. Powtórzyła to jeszcze trzy razy zanim się zorientowaliśmy – zrzucam to na karb niewyspania, bo co jak co, ale zawsze się wsłuchujemy w to co nasze dzieci do nas mówią. I faktycznie. Przez całe następne trzy dni męczyliśmy Olusię ćwiczeniem “err” wymyślając najtrrrudniejsze frrrazy, w rodzaju: “terrorysta wytarł fartuchem zakrwawiony topór” :) . Oluśce tak się spodobało “er”, że zaczęła nawet zamiast “ale” mówić “are” :)