No, znowu minęło trochę czasu, ruch na czytnikach rss zamarł, statystyki pokazują flat line, zatem mogę usiąść i coś ukradkiem napisać z nadzieją, że pozostanie niezauważone. Krótko w punktach co się wydarzyło w tak zwanym międzyczasie a czego nie zarejestrowało czujne acz leniwe oko tego bloga i let’s just get over this, czyli miejmy to już z bani:

- nowe pianino, takie neighbours-friendly,

Z pianinem była ciekawa historia; To, które stało u nas wcześniej było na przechowaniu, jako, że wujek Dorotki nie bardzo miał co z nim zrobić i dopiero na dwa tygodnie przed świętami poczuł niepohamowane pragnienie przeniesienia instrumentu do siebie, teraz, zaraz, już. Pech, że trafiło akurat na ten szczególny okres w roku, kiedy pianino chodziło prawie na okrągło – Olusia ćwiczyła przy nim śpiewanie kolęd, a co jak co, ale do śpiewania nasza córeczka przykłada się wyjątkowo mocno. Tym trudniej było jej wytłumaczyć dlaczego dzisiaj jest pianino a już jutro go nie będzie, z resztą w jej małej główce i wrażliwym serduszku nie mogło się zmieścić o co w ogóle kamon. Na szczęście dzięki wieeelkiej pomocy rodziców Dorotki, na miejscu wielkiej czarnej krowy, która zabierała pół pokoju, ale jednocześnie była miejscem koncentrującym najwięcej radości i śmiechów w całym domu, stanęło pianino elektroniczne. Różnica pomiędzy pianinem akustycznym a elektornicznym w realiach gomułkowskiej wielkiej płyty jest kolosalna – podczas gdy akustyk wywołuje nienawiść sąsiadów od drugiego do szóstego piętra włącznie, elektronicznego poza naszym mieszkaniem nie słychać prawie w ogóle, ba, można nawet podłączyć słuchawki. Drugi wielki plus to metraż. A największy, że po kilku dniach “bezpianinia” dzieci są znów szczęśliwe.

- choinka do nieba i Jezuski

Wieszanie bombek

Ciężko coś napisać o pachnącej choince w domu, kiedy dopiero co człowiek ją wyrzucał przez balkon i targał do kosza z odpadami z terenów zielonych. Tak czy inaczej zgodnie z oczekiwaniami święta upłynęły nam w ciepłej rodzinnej atmosferze i jeżeli ktoś z Was składał nam takie życzenia, to dziękujemy, spełniły się.
Choinka pobiła nasz domowy rekord wysokości, bo sięgała samego sufitu, choć pan sprzedawca przekonywał nas, że to dwumetrowe drzewko.
Rafcio potraktował święta jako okres jedzenia jakichś dziwnych rzeczy, Olusia za to weszła w temat nieco głębiej,  wykonując najróżniejszą techniką szopki z  Jezuskiem, a najlepiej dwoma, albo Jezuski śpiące w żłóbku, ze szmatek. Kwestię prezentów pomijam, dość, że  Mikołaj jak co roku pokazał klasę, choć jak co roku wygrażał się, że tym razem będzie oszczędny i kryzysowy…

- Sylwester – huczne zwieńczenie udanego roku,

Ojciec Andrzej i Zbłąkana Owieczka

Pisać, nie pisać… napiszę. Jak się bawić to tylko w towarzystwie dobrych przyjaciół. W tym roku zostaliśmy zaproszeni na Obłędnie Wykręconego Sylwestra, a takich zaproszeń się ot tak nie ignoruje. Tym bardziej, że forma, nazwijmy to szumnie “balu przebierańców”, jest dla mnie osobiście na tyle atrakcyjna, że poszlibyśmy nawet bez zaproszenia. Fun związany z taką imprezą zaczyna się dużo przed nią i napięcie stopniowo się zwiększa, kiedy człowiek wpada na coraz dziwniejsze pomysły na przebranie, żeby w końcu parę godzin przed imprezą właściwą przebierać się zupełnie za kogoś innego niż się planowało i jeszcze przynieść na imprezę rezerwowe przebrania. Dzięki temu, że w szafie znalazłem niewiadomego pochodzenia autentyczną koszulę  księdza (z metką “Clerical Collar Shirt”) miałem ułatwiony wybór. Koniec końców przebraliśmy się za Ojca Andrzeja i Zbłąkaną Owieczkę. I było bardzo kul, chciałoby się jeszcze pobawić… Szkoda, że wujek z Afryki wrócił już na Czarny Ląd, ale Adaś, Flaszka… karnawał mamy :)

No, teraz czuję, że jesteśmy chwilowo w miarę na bieżąco…